Publikacja jest częścią serwisu szewo.com.

Książka

Ostatnie zmodyfikowane artykuły:
Wtłoczyć eter do sieci
Co się komu wydaje
Red Button
Spis treści
Proporcje obrazu



Ostatnie hasła w słowniku:
red button
daypart
TSL
usługi nieliniowe
webcasting



Ostatnie komentarze:
esha do Proporcje obrazu
z dnia 27-11-2009, 9:49:
Czy nie odnosimy wrazenia, ze obraz KOŁA w 16:9 jest zniekształcony? (= elipsa)....

dariusz jaku do Paweł Kukiz i Piersi
z dnia 9-10-2009, 14:53:
czesc pawel . uwazam ze nic lepszego w polskiej muzyce nie moglo nas spotkac jak ty i zespol piersi ...

filip .wp.pl do Paweł Kukiz i Piersi
z dnia 16-9-2009, 22:58:
kukiz i piersi mają teksty że niektórzy mogliby im po zazdrościc za to ich CHWALMY!!!!!!!!...

Co się komu wydaje

Telewizja Interaktywna: Dodatek: Media w czasach konwergencji : Co się komu wydaje
Ostatnia modyfikacja: 2009/1/18, 8:59



W dyskusji o przyszłości prasy drukowanej w kontekście szybkiego rozwoju Internetu wśród najgłośniejszych argumentów szczególnie dziwią mnie te przywoływane przez niektórych przedstawicieli środowiska wydawców, od którego oczekiwałbym obrony dziennikarstwa, sztuki słowa pisanego i kultury czytania. Tymczasem najczęściej podnoszone są kwestie w obronie papieru, które podzieliłbym na dwie kategorie: emocjonalne – wynikające zapewne ze strachu przed zmianami i chęcią zachowania status quo – i merytoryczne – dezawuujące Internet jako realną konkurencję dla druku.

Z pierwszymi nie sposób dyskutować. Tym, którzy już samo pytanie o przyszłość prasy drukowanej traktują jako obraźliwe, radziłbym zachowanie w rewolwerze ostatniego naboju i nie marnowanie go na strzał do posłańca przynoszącego przykre wiadomości.

Kto jest klientem na rynku prasy drukowanej? Bywa nim czytelnik, który płacąc możliwie niską cenę egzemplarzową pokrywa koszty papieru, naniesienia nań farby drukarskiej, utrzymania redakcji, kolportażu i wszelkich innych kosztów pośrednich, a jednocześnie zapewnia biznesową zyskowność przedsięwzięcia, udostępniając wydawcy środki na dalszy dynamiczny rozwój. Ilu wydawców funkcjonuje w oparciu o taki model? Jak często cena egzemplarzowa jest ratowana gadżetem, filmem, torebką, kolekcją wkładek, których nie wypada nie mieć?

Na domiar złego klient – czytelnik – coraz więcej czasu spędza przed ogłupiającą telewizją, a jeżeli jest mężczyzną zapewne pije coraz więcej piwa przed komputerem i czas, który mógłby poświęcić na czytanie, marnuje na pornografię, ugruntowując w sobie przekonanie, że kobieta to plik graficzny z rozszerzeniem jpg. Nawet jeżeli czyta i – jakimś cudem, może poprzez wyszukiwarkę – trafi pod wartościowy adres internetowy, to dowie się tam wszystkiego i nie będzie potrzebował kupować papieru: dziennika, tygodnika, miesięcznika, żeby przeczytać teksty, które już zna, które przeczytał za darmo, tolerując obecne na ekranie reklamy.

Częściej jednak czytelnik prasy nie pełni roli klienta w biznesie prasowym. Czytelnik jest produktem, którego wydawcy w większej liczbie sprzedają reklamodawcom – swym rzeczywistym klientom, słono płacącym za dotarcie do odpowiedniej grupy docelowej. Tacy klienci chcą dla swojej komunikacji wykorzystywać wszelkie możliwe techniki: telewizja, prasa, radio, outdoor, może nawet Internet. Pech chce, że za morzem – w nie tak odległej Szwecji – wydatki na reklamę w Internecie przewyższą w tym roku najprawdopodobniej kwoty wydatkowane w telewizji. To samo zjawisko – według prognoz grupy domów mediowych Group M - mamy obserwować w przyszłym roku w Wielkiej Brytanii. Można się łudzić, że w Polsce będzie inaczej. Śmiem jednak twierdzić, że Polska nie jest rynkiem funkcjonującym w brew światowym trendom. To, co teraz obserwujemy na – tfu, tfu – dojrzalszym rynkach zachodniej Europy zawita także i do nas. W Polsce już w 2007 roku wydatki na reklamę w sieci przekroczyły te przeznaczane na reklamę w rozgłośniach radiowych.

Odrzucam argumenty, mające przekonać, że Internet nie zabije druku, tak jak telewizja nie zabiła radia, tak jak fotografia cyfrowa nigdy nie pokona doskonałości związków srebra, wydobywających prawdziwe piękno fotografii w zaciszu fotograficznej ciemni. Przecież nie chodzi o całkowitą anihilację jakiejś branży, ale poważne ograniczenie skali działalności, mniejsze możliwości rozwoju i skali oddziaływania.

30 października 1938 roku tysiące obywateli Stanów Zjednoczonych, nie marnując czasu na pakowanie dobytku, w panice zaczęło opuszczać swoje domy. Inni barykadowali się w piwnicach, trzymając w ręku nabitą broń. Taki był efekt emisji słuchowiska radiowego Orsona Wellsa opartego na motywach powieści Wojna Światów. Znaczna część słuchaczy uwierzyła, że mają do czynienia z prawdziwą radiową relacją z pola walki z atakującymi Ziemię Marsjanami. Dzisiaj to jest niemożliwe. Jeżeli ktoś sądzi, że to nie rozwój mediów, a przede wszystkim telewizji, wykluczył podobne manipulacje, niech dalej tkwi w przekonaniu, że pojawienie się w domach ekranów telewizyjnych nie stłumiło biznesów rozgłośni.

Patrząc na fotoreporterów dążących do przekazania możliwie najszybciej do swych redakcji najlepszego ujęcia gotowego do publikacji od zaraz – bez zbędnego procesu obróbki chemicznej negatywów – nie mam wątpliwości, że technologia cyfrowa gruntownie przedefiniowała rynek sprzętu i usług fotograficznych. Oczywiście fotografia analogowa nadal istnieje, ale potężna branża i oferta dla rynku masowego skurczyły się zajmując niszę dla profesjonalistów i hobbystów.

Wydawcom prasy polecam obserwację siostrzanego rynku wydawnictw muzycznych. Jaki wpływ na zachowanie klientów miało wprowadzenie – bądź co bądź cyfrowego – standardu CD? Czy wydawcy winylowych płyt longplay mieli prawo się obrażać i protestować? A co się stało z wydawnictwami CD, gdy króluje standard mp3? Nadal istnieją wydawnictwa produkujące czarne, szumiące płyty. Jest to nawet pewnego rodzaju elita. Jednak ci, którzy odpowiednio wcześnie dostrzegli szansę w mediach interaktywnych dzisiaj są liderami branży. Kto nie dostrzegł zawczasu konieczności zmodyfikowania modelu biznesowego i otwarcia się na Internet, dzisiaj ma poważny problem.

Wierzę, że najważniejsza jest treść (content is king). Zawsze będzie miejsce na solidne, rzetelne dziennikarstwo. To prawda, że obecne inwestycje w sieć wydawców porządnej i opiniotwórczej prasy drukowanej często sprowadzają się do prowadzenia blogoidów, łączących urodę prasy bulwarowe z możliwościami mediów interaktywnych. Szumne i chwytliwe dziennikarstwo obywatelskie może być wartościowym uzupełnieniem rynku, ale nie zastąpi tekstów wydawanych regularnie i profesjonalnie.

Obserwowane na świecie trendy i zjawiska: konsolidacja tytułów i redakcji, przekształcanie dzienników w tygodniki i poważne inwestycje w Internet i sieci mobilne wkroczą do Polski na dobre. Nie twierdzę, że papier nadaje się wyłącznie do orgiami i wycinanek. Pozostanie w kurczącej się niszy, jako produkt klasy premium przeznaczony dla kolekcjonerów i kurczącej się grupy zatwardziałych konserwatystów. Chcąc budować poważny biznes adresowany dla szerokiego grona odbiorców, zainteresowałbym się jednak Internetem. Nie bójmy się zmian, szczególnie tych na lepsze…

Artykuł ukazał się w numerze 10/2008 magazynu Marketing & more


Dodaj komentarz

Imię, nazwisko, login, cokolwiek
E-mail (opcja, będzie prezentowany bezpiecznie)
WWW (opcja, na początku dodaj http://)
Treść komentarza: