Wojna hybrydowa

by szewo

prolog

Jak zwykle o tej porze roku, miasto opustoszało. Żar lał się z nieba, a wielu mieszkańców Warszawy w pierwszej połowie sierpnia wyjechało na urlop. Robert wolał pracować w letnie miesiące. Dojazd do pracy trwał o połowę krócej, a biurko w klimatyzowanych pomieszczeniach Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji uznawał za lepsze warunki do pracy niż te, które miała Dorota. Żona Roberta była zatrudniona w firmie informatycznej, ale od czasu pandemii nie odwiedziła biura. Pracowała zdalnie przy komputerze z ich małego mieszkania na Woli. Była kierownikiem projektów i codziennie miała kilka połączeń wideo z przedstawicielami klientów. Przed kamerą musiała jakoś wyglądać, a co najmniej osiem godzin przy biurku w tej patodeweloperce bez klimatyzacji było latem udręką. Wieczorami, gdy Robert wracał, Haliccy starali się wychodzić z domu, ale dzisiaj jeszcze kilka godzin trzeba odpękać.

Pokoju, w którym pracował Robert nikt nie nazywał biurem. Stało tu biurko, ale surowy wystrój, podwinięta wykładzina i delikatne echo nawiązywały raczej do laboratorium lub gabinetu w ośrodku zdrowia. W tle brzęczała muzyka z radia przerywana co pół godziny serią reklam i serwisem informacyjnym. W sezonie ogórkowym w Polsce niewiele się dzieje, więc wiadomości kręciły się wokół wojny za wschodnią granicą i serii protestów, które trwały od dwóch tygodni w kilkudziesięciu miejscach w Polsce. W sumie nie wiadomo było nawet, kto protestował i przeciwko czemu. Chodziło chyba o uszczelnienie granic, ochronę polskich wartości przed Unia Europejską i brak zgody na nowe regulacje dotyczące silników spalinowych w strefach czystego powietrza. Nic szczególnie nowego, ale od kilku dni protestujący blokowali ważnie komunikacyjnie miejsca, jak Zakopianka, przejścia graniczne i wjazdy na autostrady. Blokada skrzyżowania we Władysławowie i drogi 501 w Kątach Rybackich całkowicie odcięły możliwość wjazdu na Półwysep Helski i Mierzeję Wiślaną. W szczycie sezonu urlopowego uniemożliwiło to dojazd do obleganych przez wakacjowiczów miejsc. Wczoraj policja próbowała te blokady rozpędzić, ale bez powodzenia. Robert widział w mediach społecznościowych i wiadomościach obrazki palonych opon, sznury radiowozów z kogutami na dachach i jakieś nagrania wyzwisk w kierunku policji.

W ramach dyżuru Robert przygotowywał raporty z odczytami czujników systemu piętnastu drenów rozchodzących się promieniście pod dnem Wisły od Grubej Kaśki, potężnej studni infiltracyjnej, którą czerpano wodę dla stolicy. W szczycie lata poziom w rzece był niski, ale nie miało to większego wpływu na pracę ujęcia. Hydrologiczna susza jest z reguły lepsza dla jakości wody niż fale powodziowe, które nie wiadomo co mogą przynieść z południa kraju. W sierpniu woda z reguły jest bakteriologicznie stabilna, co weryfikuje wiele ciągle pracujących urządzeń i regularne badania w laboratorium. Dodatkowo w ramach biomonitoringu jakość wody kontrolują organizmy żywe. Osiem małż gatunku skójka zaostrzona w niewielkim akwarium ma do swoich muszli przyklejone niewielkie magnesy, które pozwalają weryfikować, czy małże są otwarte czy zamknięte. Każdy z tych organizmów ma własny cykl żerowania i zamykania muszli, ale wszystkie są niezwykle wrażliwe na pogorszenie parametrów wody. Gdyby w akwarium, przez które przepływa woda z ujęcia, pojawiała się jakaś toksyna, małże zamkną się błyskawicznie, co jest wychwytywane przez systemy komputerowe. Mimo masy elektroniki zamontowanej w systemach wodociągowych różnych miast, biomonitoring z wykorzystaniem żywych organizmów pozostaje najszybszym sposobem kontroli jakości wody.

Robert jadł drugie śniadanie i kończył przegląd wskazań przyrządów, stukając na klawiaturze palcami jednej ręki. Drugą uświnił sobie sosem, który wystrzelił z wpychanej do ust kanapki, plamiąc koszulę między guzikami na samym środku. Wiedział, że to się tak łatwo nie spierze, ale jeśli spłucze plamę wodą dość szybko, to może później pomoże jakiś odplamiacz. Właśnie miał pójść do łazienki, gdy na ekran wskoczyło okienko z wykresem biomonitoringu. Nigdy wcześniej coś podobnego się nie zdarzyło. Muszle ośmiu małży były zamknięte.

* * *

Dla Natalii Kownackiej to był drugi miesiąc pracy w telewizji informacyjnej. Miała wrażenie, że niczego się jeszcze nie nauczyła, a wcześniejsze doświadczenie z radia na niewiele się zdaje. To było jasne, że możliwość częstych wejść reporterskich na żywo jest związana wyłącznie z faktem, że bardziej doświadczeni reporterzy stacji wyjechali na urlop. Nie miała złudzeń. Oglądalność w wakacje nie jest szczególnie wysoka, więc kierownictwo chętniej dawało szansę młodym, by zdobywali szlify przy obsłudze mniej istotnych wydarzeń. Gdy po wakacjach wszystko wróci do normy, nie wszyscy z nowego naboru się utrzymają. Teraz Sejm nie pracuje, politycy też pojechali na plaże i w Polsce mało się dzieje poza tą dziwną falą protestów. Na początku mówiono, że to organizacje rolnicze. Teraz wychodzi, że to jakieś stowarzyszenia patriotyczne, o których nikt wcześniej nie słyszał. Wysłali ją tutaj, na to zadupie, żeby szukała wokół tych blokad możliwie ciekawych tematów.

Droga wojewódzka 501 biegnie z Gdańska przez miejscowości Mierzei Wiślanej, w tym popularną Krynicę Morską. Z krajowej siódemki zjeżdża się w Nowym Dworze Gdańskim na Stegnę. Stamtąd w kierunku mierzei to już jedyna opcja. Na niektórych odcinkach z okien samochodu widać wodę w Zalewie Wiślanym, a gdzieniegdzie drogę poprowadzono w lesie lub między zabudowaniami. Główną atrakcją dla Warszawiaków jadących tędy na wakacje w Krynicy jest przekop, który miał otworzyć żeglugę z Elbląga na Bałtyk. Od czasu do czasu korzystają z niego jakieś żaglówki, ale okoliczne parkingi są oblegane przez wczasowiczów, którzy przy okazji wakacji chcą zobaczyć inwestycję, która jak wiele innych tematów podzieliła Polaków na zwolenników i zdecydowanych prześmiewców.

Kilka kilometrów przed inwestycją prawicowego rządu poprzednich ekip, drogę zablokowała grupa protestujących, odcinając faktycznie miejscowości położone dalej na wschód. Nikt na mierzeję nie wjedzie, ale niemożliwy stał się też wyjazd. Wczoraj stojący w kilkukilometrowym korku kierowcy próbowali wziąć sprawy we własne ręce, ale policja skutecznie oddzieliła ich od protestujących. Awantury trwały do późnego wieczora, a dzisiaj od rana ruch w ogóle wstrzymano odcinając wjazd na tę drogę już w Stegnie po stronie zachodniej i zamykając w ogóle możliwość wyjazdu z Krynicy. Leśne dukty i drogi pożarowe także zablokowano radiowozami – miały być otwierane w razie konieczności przejazdu pogotowia ratunkowego lub innej nagłej potrzeby.

Natalia z Maciejem, jej operatorem kamery, od rana chronili się przy upałem w klimatyzowanym busie z wielkim logotypem stacji na masce. Wychodzili tylko wtedy, gdy wydawca programu dawał im znać o planowanym wejściu na antenę. Dzisiaj miała swoją minutę w porannym paśmie śniadaniowym i dwa łączenia w ciągu dziennego programu na żywo. To zawsze zaczyna się od sygnału z Warszawy i kilkunastu minut oczekiwania w gotowości przed szkłem kamery z rzeką potu płynącą pod białą bluzką i ciemnym żakietem. Potem trwająca minutę lub dwie relacja z blokady. W tle obrazki z traktorami stojącymi w poprzek pasa asfaltu.

Tak właśnie mijał jej dzień na tym zadupiu, gdzie nie było nawet sklepu, żeby kupić zimną wodę i jakąś kajzerkę.

– Sytuację w Kątach Rybackich relacjonowała dla państwa Natalia Kownacka. – jeszcze chwila bez ruchu, żeby realizator w studio mógł przeskoczyć na inny temat. Miała nadzieję, że Maciej, który pracuje już w firmie od dawna jakoś zrecenzuje jej występ. Ale on zwinął sprzęt i schował się w samochodzie, w którym ciągle pracował silnik. Doszła do wniosku, że musi zrobić to samo zanim makijaż z twarzy kompletnie jej spłynie.

Przez przednią szybę zobaczyli sznur radiowozów jadących w kierunku blokady. Powiadomili wydawcę, który kazał im przygotować się do wejścia na żywo, jeśli będą mieli ciekawe obrazki. Kilkudziesięciu policjantów w mundurach prewencji z przezroczystymi tarczami i kaskami na głowach przez dobry kwadrans zbierało się przy samochodach, które zatrzymały się w rządku na środku jezdni. W końcu sformowali coś jakby dwuszereg w odległości kilkunastu metrów od protestujących. Wyglądało to trochę komicznie, bo naprzeciwko siebie mieli kilka ciągników rolniczych i podobnie liczną grupę protestujących, ale raczej w atmosferze pikniku niż czegoś, co uzasadniałoby angażowanie tak wielu przedstawicieli służb.

– Trzy, dwa, jeden, lecisz – zabrzmiał głos w słuchawce Natalii. Z nadzieją, że widzowie nie widzą kropel potu na jej wypudrowanym czole opowiedziała, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich minut, a Maciej skierował kamerę w takim kierunku, by w kadrze znaleźli się jednocześnie osoby blokujące drogę przez las i stojąca przed nim formacja policji. Już miała kończyć swoją relację, gdy rozległ się huk wystrzału. Odwróciła głowę i zobaczyła, jak wysokiemu mężczyźnie w mundurze wypada z rąk przezroczysta tarcza z napisami „Policja”. Ułamek sekundy później pod funkcjonariuszem jakby ugięły się nogi. Uderzył nakolannikami o asfalt, a po momencie runął na całkowicie bezwładny. W tej krótkiej chwili, gdy klęczał, Natalia dostrzegła, że przyłbica hełmu jest roztrzaskana i cała we krwi. Z oddali, mniej więcej z kierunku, w którym droga prowadzi na przekop, dobiegły ich huki czterech eksplozji.

* * *

Ze spotkania przy Alejach Ujazdowskich profesor wrócił bardzo zadowolony. Godzinna narada z premierem, kilkorgiem ministrów i szefami służb potwierdziła to, co Bolesław Lutecki wiedział od dawna: ci kretyni niczego nie rozumieją. Od lat wypruwał sobie flaki tłumacząc, że uległość wobec Zachodu, a przede wszystkim Niemiec, do niczego dobrego naszego państwa nie zaprowadzi. Teraz już wiedział, że jeśli dobrze rozegra wydarzenia kilku następnych tygodni, będzie mógł objąć przywództwo zjednoczonych stronnictw patriotyczno-narodowych. W chaosie, który nastanie, wyborcy będą szukali polityków, którzy nie są kojarzeni z żadną z dotychczas rządzących partii. Naród wybierze kogoś, kto przywróci w Polsce właściwe wartości. Kogoś, kto nie będzie handlował honorem i będzie po polsku mówił o polskich sprawach.

Rozmyślał, patrząc przez wielkie okno na gęsto posadzone brzozy przed budynkiem Agencji na Mokotowie. W jego gabinecie oprócz biurka i stołu konferencyjnego, znalazło się miejsce na kanapę i stolik kawowy. W przeciwieństwie do spotykanej w wielu urzędach paździerzowej tandety, tę kamienicę wyposażono z gustem. Na ścianie przeciwnej, w miejscu widocznym dla osoby siedzącej za biurkiem wisiał telewizor, który choć z wyciszeniem zawsze pozostawał włączony. Lutecki zawsze był na bieżąco, ale teraz pogrążony w myślach nie zwracał uwagi na nieme obrazki telewizji informacyjnej za jego głową. W programie na żywo pokazywano kolejki ustawiające się przed sklepami, ludzi wykupujących żywność, pchających wózki pełne makaronów, ryżu i zgrzewek z wodą. Profesor nie wiedział, że na czerwonym pasku pojawił się napis: „Rosja zrywa stosunki dyplomatyczne z Polską”.

Powyższy fragment pochodzi z książki „Wojna hybrydowa” Andrew Shoemakera. Powieść political fiction być może ukaże się latem nakładem wydawnictwa pasimito. A być może się nie ukaże. Zobaczymy.